

Życie kobiet
nie jest czarno-białe.
Materiał opublikowany na łamach magazynu Hiro · 2026
PROMOCJA WYSTAWY "BAD GIRLS"
Od trzynastu edycji „Projekt Kobiety” wykorzystuje fotografię, modę i kulturę do opowiadania o kobietach z dala od oczywistych ról i prostych definicji. Przed obiektywem Maksymiliana Ławrynowicza przez lata stawały aktorki, artystki, dziennikarki i kobiety życia publicznego, a każda kolejna wystawa była pretekstem do wejścia w inny temat społeczny i kulturowy.
Tym razem jest ostrzej. Najnowsza wystawa „Bad Gilrs!” bierze na warsztat kobiecą niepokorność, ambicję, bezkompromisowość i wszystkie te cechy, za które kobiety wciąż wyjątkowo łatwo dostają etykietę „trudnych”.
W kolejnej odsłonie cyklu przed obiektywem Ławrynowicza stanęły takie artystki jak Justyna Steczkowska, Katarzyna Herman, Anita Sokołowska, Barbara Kurdej-Szatan czy Ama Sieklucka, ale również lekkoatletka Natalia Bukowiecka oraz komiczka i influencerka Ta Typiara. Modelkom na fotografiach towarzyszą wyjątkowe suczki po przejściach: psy uratowane z interwencji, adoptowane oraz pozostające pod opieką takich organizacji jak Psierociniec i Mikropsy.
O kulisach pracy nad wystawą, potrzebie niepokorności i o tym, dlaczego czasem dobrze mieć kilku wrogów, opowiada Maksymilian Ławrynowicz, autor i inicjator cyklu „Projekt Kobiety”.

Trzynasta edycja „Projektu Kobiety” i tym razem żadnych grzecznych dziewczynek. Co Cię tak ciągnie do kobiet, które robią problemy?
Zależy, co mamy na myśli, mówiąc „robią problemy”. Bo sięgają po swoje? Bo nie dają sobie w kaszkę dmuchać? Bo są wierne sobie i tylko sobie? Przywykliśmy do tego, że jeśli kobieta jest asertywna i odważna, to jest „trudna” i „robi problemy”. Ale era grzecznych, pin-upowych dziewczynek już minęła. Świat potrzebuje ludzi odważnych, silnych, o jasno obranym kursie. Nie wykluczając kobiet.
Czyli „Bad Girl” to dla Ciebie nie czarny charakter, ale raczej kobieta, która przestała się przejmować tym, czy jest lubiana?
Myślę, że po części tak. Ale to też kobieta, która znalazła się w pewnym punkcie życia, przeszedłszy ścieżkę, która ją ukształtowała. Osoby bezkompromisowe, zimne i bezwzględne rzadko takie się rodzą. Raczej stają się takie, kiedy dochodzą do momentu, w którym zaczynają traktować ludzi z wzajemnością.
Krąży w internecie takie zdanie: „Zaczęłam traktować ludzi dokładnie tak, jak oni traktowali mnie. Zabawne, jak nagle wszyscy poczuli się urażeni”. Żyjemy w erze wiecznej urazy, ale musimy się z tym liczyć. Kiedyś usłyszałem u Jordana Petersona zdanie, które bardzo zostało mi w głowie: żeby móc naprawdę myśleć, trzeba zaakceptować ryzyko, że kogoś urazimy. I ja się z tym zgadzam. Każda prawdziwa rozmowa, szczególnie o rzeczach ważnych, zakłada możliwość konfliktu, dyskomfortu czy niezgody. Jeżeli zaczynamy mówić wyłącznie to, co na pewno nikogo nie dotknie, to przestajemy prowadzić dyskurs, a zaczynamy się wzajemnie głaskać po głowie.
Czy to nie o krok od bycia obraźliwym dla sportu?
To nie ma nic wspólnego z byciem po prostu złośliwym. Chodzi o to, że cudzy dyskomfort nie może automatycznie oznaczać, że powiedzieliśmy coś, czego mówić nie wolno. Peterson świetnie pokazał to w rozmowie z Cathy Newman: ona miała pełne prawo postawić go w niewygodnej sytuacji, szukając odpowiedzi, ale dokładnie to samo ryzyko musi działać w drugą stronę. Inaczej nie ma rozmowy, jest tylko autocenzura.
A kobiety płacą wyższą cenę za to, że tej autocenzurze nie ulegają?
Zdecydowanie. I nadchodząca wystawa trochę właśnie o tym jest. Za asertywność, bezkompromisowość czy zwykłe stawianie granic kobiety nadal obrywają większym ostracyzmem niż my, mężczyźni.

Patrzę na przekrój postaci z tegorocznej wystawy. Cruella, Bellatrix, Lady Makbet, Cersei Lannister, Miranda Priestly. Sporo tu kobiet, których raczej nie przedstawia się jako wzorów do naśladowania. Ty próbujesz je wybielić czy przeciwnie, pozwalasz im być okropne?
Pozwalam im być sobą i o to cały ambaras. Nie pochwalam mobbingu i psychicznych szantaży Mirandy, jadowitej ambicji Lady Makbet czy chorego egoizmu i próżności Cruelli. Ale tworząc ten koncept, zacząłem się zastanawiać nad fenomenem takich właśnie „bad girls”. One są wszędzie: w historii, sztuce, mitologii czy popkulturze. To zazwyczaj postaci wielowymiarowe, niezależne, często mroczne, a mimo wszystko je kochamy. Na jakimś poziomie świadomości im kibicujemy.
I zacząłem się zastanawiać: dlaczego właściwie kibicujemy takim kick-ass, cut-throat babkom? Doszedłem do wniosku, że podświadomie rozumiemy, że żadna z nich się taka nie urodziła. Zazwyczaj najpierw poturbowało je życie, a dopiero później to doświadczenie je wzmocniło i wyostrzyło instynkt przetrwania. Bo kobiety nie dzielą się na dobre i złe, tak samo jak nie dzielą się wyłącznie na brunetki, blondynki i rude. W przeciwieństwie do zdjęć z tegorocznej wystawy, życie kobiet nie jest czarno-białe.
I skąd tu suczki po przejściach?
Pojawiły się w mojej głowie właściwie automatycznie. Bo to są właśnie takie suczki: przetrwały piekło mimo wszelkich przeciwności. Czasem bez oka, czasem bez ucha, ale jednak przetrwały. To one są w dużej mierze naszymi tytułowymi „Bad Girls”, gangiem wygnańców, wyjętych spod prawa rebeliantek i piratek, które przeżyły mimo wszystko.
Czy to podążanie za modą? Pytam w kontekście ostatnich wojen, które celebrytki i osoby publiczne toczą z patoschroniskami.
Tak może powiedzieć chyba tylko ktoś, kto nigdy nie stworzył podobnego projektu. Mam za sobą trzynaście dużych wystaw i każdy, kto zna moją pracę, wie, że kończąc jedną, mam już w głowie temat kolejnej. Decyzję o zaangażowaniu psów po przejściach podjąłem w połowie 2025 roku. Wtedy też zacząłem research i szukanie odpowiedniej fundacji lub stowarzyszeń.
Kiedy wybuchła ta święta wojna, absolutnie słuszna, o dobrostan psów i patologie części schronisk, my byliśmy już w trakcie prac. Nie sądzę więc, żeby takie zarzuty były czymś, czym powinniśmy się szczególnie przejmować. Im więcej projektów i rozmów o okrucieństwie, pazerności i ludzkiej znieczulicy wobec zwierząt, tym lepiej.

Wystawa powstaje pod egidą Fundacji „Projekt Kobiety”, która ma profil edukacyjny i artystyczny. Nie zbieracie pieniędzy, nie prowadzicie schroniska, nie ratujecie bezpośrednio zwierząt. Więc po co to wszystko?
Bo najprościej mówiąc, my się tym nie zajmujemy. Nasza Fundacja nie skupia się na zbiórkach czy zrzutkach. Naszym narzędziem jest edukacja, a największym orężem kultura i sztuka. I właśnie z tym orężem wchodzimy w publiczną dyskusję o ludzkiej nieodpowiedzialności, znieczulicy i braku empatii wobec zwierząt.
Czyli co możecie dla tych suczek zrobić? Opowiedzieć ich historie?
Tak, bo każda z naszych suczek znalazła się w swojej sytuacji przez człowieka. Mieliśmy suczkę bez oczu, porzuconą przez właściciela, który nie chciał płacić za leczenie infekcji. Była Rysia ze sztywną nóżką, którą wyrzucono z pędzącego samochodu, a kolejne auto zmiażdżyło jej nogę.
Każde zdjęcie opowiada więc dwie historie. Jedną straszną, o tym, co człowiek potrafi zrobić zwierzęciu. I drugą piękną, o woli życia oraz o ludziach, którzy później to życie ratują.
Praca ze zwierzętami na planie zdjęciowym zawsze rodzi pytanie o ich komfort. Nie obawiałeś się, że dla psów po takich przejściach sesja może być dodatkowym stresem?
Oczywiście, dlatego komfort zwierząt był dla nas absolutnie najważniejszy. Psy z Fundacji Psierociniec czy Mikropsy uczestniczyły tylko w kilku z około dziesięciu sesji, a wszystko konsultowaliśmy z ich opiekunkami. Bardzo starannie wybraliśmy te, które mogą podróżować, dobrze czują się wśród ludzi i dla których taka sytuacja nie będzie źródłem niepotrzebnego stresu.
A jak wyglądało to już na planie?
Full service [śmiech]. Miały swoje ciche, dogrzane miejsce z miękkimi posłaniami, jedzenie, smaczki i możliwość wycofania się w każdej chwili. Ale prawda jest taka, że przede wszystkim były zasypywane głaskaniem, buziakami i uwagą. Bardzo potrzebowały bliskości i wszyscy traktowali je z ogromną troską.
Któraś szczególnie zapadła Ci w pamięć?
Bibi. Bardzo wiekowa staruszka, w której zakochałem się właściwie od razu. Przez dobre dwadzieścia minut spała z głową na moim kolanie, kiedy drapałem ją za uchem.
To chyba trudno potem zostawić wyłącznie na poziomie projektu artystycznego.
Bardzo. Na pierwszej sesji był z nami też radosny, niesamowicie żywotny pies. Powiedziałem, że chciałbym sfotografować go ponownie przy kolejnej okazji i wtedy usłyszałem, że już go z nami nie będzie. Miał zaawansowany nowotwór.
I chyba właśnie wtedy najmocniej poczułem sens tych zdjęć. Cieszę się, że te psy dostały jeszcze troskliwe życie pełne miłości i że mogłem mieć w nim swój mały udział. A dzięki zdjęciom mogą dalej opowiadać swoje trudne, ale bardzo potrzebne historie.

W tej wystawie mocno mieszasz fikcję z rzeczywistością. Gdzie właściwie kończy się zabawa popkulturą, a zaczyna Twój komentarz?
Gdyby istniały wyraźne granice między manifestem a zabawą, fikcją a rzeczywistością, nie istniałaby sztuka czy kultura jako taka. Mój komentarz od lat jest jeden i ten sam: kobiety są, jakie są, mają dwie strony księżyca. Albo i więcej. I to jest w nich najwspanialsze, a dla twórcy najbardziej inspirujące.
„Bad Girls!” brzmi jednak jak pochwała niegrzeczności. Mamy już dość grzecznych kobiet?
To jest pochwała kobiet jako takich. A to, czy mamy czegoś dość, czy nie, bohaterki mojego projektu mało interesuje. I to jest chyba sedno sprawy [śmiech]. Poza tym nie wszystkie moje bohaterki to stricte „czarne charaktery”. To po prostu silne kobiety, które dyktują warunki własnego życia.
A może „zła kobieta” to po prostu bardzo wygodna społeczna etykieta dla kobiety, która nie zachowuje się tak, jak ktoś od niej oczekuje?
Zdecydowanie. Właśnie tak.

Która z Twoich „Bad Girls” najbardziej dostałaby dziś po dupie w internecie?
Któż jest w stanie to przewidzieć? [śmiech] Dzisiejszy internauta jest nieprzewidywalny jak oko cyklonu. Nic nie jest pewne. Patostreamerzy są stawiani na piedestale, a wartościowym ludziom dostaje się po głowie za byle błahostki.
Obstawiaj!
No dobra, ale nie będzie to obiektywne! Myślę, że markiza Isabelle de Merteuil z „Niebezpiecznych związków”. To chora manipulantka, która zapewnia sobie rozrywkę kosztem życia i emocji innych ludzi. I pamiętajmy, że zostaje zdemaskowana przez ujawnienie jej listów. Jak ulał pasuje do screenów, którymi przerzucają się współcześni youtuberzy [śmiech].
Ale jest też ta świetna scena, w której tłumaczy, jak stała się tym, kim jest. Mówi, że jako kobieta musiała nauczyć się obserwować, kontrolować siebie i być sprytniejsza od mężczyzn, bo kilka odpowiednio dobranych słów mogło zniszczyć jej reputację i całe życie. I wracamy do początku naszej rozmowy: nikt nie rodzi się okrutny.
Przy takiej tematyce łatwo było znaleźć partnerów? Znaleźli się odważni, którzy nie przestraszyli się „Bad Girls” i postanowili wejść w ten projekt?
Znaleźli się, choć powiedziałbym, że nie tyle odważni, co świadomi. Makijaże podczas sesji wykonywał zespół MAC Cosmetics, za włosy odpowiadała polska marka Anwen. Do projektu dołączyły również Bandi i Twinkle ze wsparciem produktowym. To marki, które dostrzegły nie tylko potencjał wizualny projektu, ale też manifest stojący za tą wystawą.
Gdzie i kiedy startuje wystawa?
Wystawa startuje 24 września i będzie dostępna bezpłatnie w atrium Varso Place przy Chmielnej 71 w Warszawie. Fotografiom będzie towarzyszyć dodatkowa ekspozycja wybranych kostiumów z sesji, więc tym bardziej zachęcam do odwiedzin. Nasze „Bad Girls!” zostaną tam planowo do końca października.
Wychodząc z tej wystawy, mamy pokochać czarne charaktery czy trochę bardziej podejrzliwie patrzeć na tych, którzy decydują, kto jest tym czarnym charakterem?
Wychodząc z tej wystawy, masz mieć w głowie trzy rzeczy. Pierwsza: dobrze się bawiłem i poobcowałem z czymś ciekawym. Odkryłem coś na nowo, znane charaktery i historie w nowej odsłonie. Druga: szanuj braci mniejszych.
A trzecia?
Jedną z postaci jest Margaret Thatcher. Jest taki wiersz Charlesa Mackaya „No Enemies”, który Thatcher bardzo ceniła i do którego wracała: „Mówisz, że nie masz wrogów? To marna rzecz, by się nią chwalić. Kto naprawdę wszedł do walki w imię tego, co uważa za słuszne, musiał przysporzyć sobie wrogów. Jeśli nie masz żadnych, niewiele zrobiłeś”.
Z tą myślą chciałbym zostawić odbiorców. Ale jak to bywa w świecie sztuki, interpretacja jest dowolna.
fotografie Arthur Aleksanian